• Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
10 września 2017

Szczęście w nieszczęściu.

 

Przez okres okupacji, po zakończeniu roku szkolnego trzeba było zrobić listę kolejnych dzieci kończących szkołę podstawową i odesłać ją do niemieckiego Urzędu Pracy- „Arbeitsamptu”.

- „Z bólem serca robiliśmy te listy, wiedząc, że posłużą Niemcem do wywózki naszych dzieci do pracy w Niemczech”:- wspominała Franciszka Sikora, ucząca czasowo religii.

 Ale były sposoby, by tego uniknąć. Pozorowano różne choroby, najlepiej skutkowały zakaźne. Niemcy badali wtedy tylko pobieżnie, nawet nie dotykając tych osób i przeklinając- odsyłali do domów. Tak to wspomina pani Władysława Kowalska (zd. Majcherkiewicz), mieszkała w Kluczach „pod skałą”- Piecki:

- „Przyszło mi wezwanie, by się wstawić w Gminie- wtedy w Bolesławiu (w szkole był Urząd Gminy), bo jestem na liście zakwalifikowanych na wyjazd, na roboty do Niemiec. Przyniósł mi je sołtys Władysław Lewowski. Oczywiście nikt nie chciał jechać, gdzieś- nie wiadomo gdzie, bałam się jak wszyscy wtedy. Bała się o mnie też i mama. Sąsiadka doradziła, żeby zrobić mi „świerzba” na rekach. Świerzb- to zakaźna choroba skóry. -Podobno z tym nie biorą- doradzała sąsiadka. Mama pokłuła mi rękę między palcami igłą i posmarowała sodą kaustyczną, która była potrzebna w czasie wojny do robienia mydła. Soda to silny, żrący środek chemiczny. Jak mi to zrobiła to do dziś pamiętam jak ja krzyczałam z bólu, aż mama się wystraszyła. Później z tego zrobiły się takie nieprzyjemnie wyglądające strupy.

            Dwóch Niemców z karabinami prowadziło nas do Gminy w Bolesławiu, chyba ze dwudziestu moich rówieśników. Prowadził na Niemiec z kluczewskiego posterunku - Gryc się nazywał. Był Ślązakiem. Nie był złym człowiekiem jak pamiętam. Szliśmy leśną, piaszczysta drogą. Nie było asfaltu. Tam w poczekalni wzywali nas do doktora. Doktor pyta-  czy zdrowa jestem. Odpowiedziałam- że zdrowa, tylko tu, między palcami mi się coś porobiło- mówię. A ten natychmiast kazał mi się ubierać i wyjść. Idź się dobrze umyć ! - krzyczał. Nawet nie chciał na moje ręce patrzeć. Była to wtedy ogólnie znana- przynajmniej nam,  metoda uniknięcia wywozu do Niemiec.  Takich jak ja było więcej. Jedna miała świerzb pod piersią, druga na brzuchu, inna na plecach. Po badaniu, te co zdrowe na prawo, te co chore na lewo. Te zdrowe na wyjazd do Niemiec, a my chore płaczemy- niby za tymi co mają wyjechać, a wychodzi lekarz i mówi – wy nie płaczcie, tylko się dobrze umyjcie, dbajcie o czystość, wy jesteście brudne, jesteście zarażone. Wróciłam do domu, ale za tydzień znów mnie wzywali, ale do naszego kluczewskiego posterunku, ale ja mówiłam wtedy, że ze względu na chorobę, jestem jakby odroczona z tym wyjazdem i pokazuję owinięte ręce. I w ten sposób wielu nam się udało uniknąć wywózki do Niemiec. Z czasem ręka się zagoiła.

            Mając wtedy 16 lat, sposobem uniknęłam wywózki, ale musiałam znaleźć jakąś pracę, bo znów mogą mnie szukać. Gdy znajomy mamusi zaproponował, bym poszła do Kottasów na służbę, to poszłam z wielką chęcią. Przecież lepiej być tu blisko na służbie, niż gdzieś tam w Niemczech. Miałam wielkie szczęście wtedy, że trafiłam do nich. Dziś muszę powiedzieć, że byli to bardzo dobrzy dla mnie ludzie. Nie byli rasowymi Niemcami. Przyjechali tu z Pabianic, a pochodzili z Katowic- Murcek. Mówili oczywiście po niemiecku, ale też czysto po polsku. Sami nie mieli dzieci, a gdy ja do nich poszłam, to mnie traktowali jak swoją córkę. Zwali mnie - Grita. Miałam swój pokój, ale w nim sama nie siedziałam, tylko z nimi.  A jak pana nie było, to z panią. On nazywał się Kottas- Józef, a ona- Hermina. On był inżynierem i pracował w naszej fabryce papieru i obok niej zamieszkali.  Poszłam na służbę do nich 10 czerwca 1942 roku.  Sama byłam dzieckiem i wielu rzeczy nie umiałam, ale jej pomagałam, aż się nauczyłam. Pomagała mi również mamusia. Robiła im pranie, bo mieli łazienkę, myła okna. Dawniej były już tzw. bojlery do grzania wody, ale był w ich łazience taki piec, pod spodem palenisko, a u góry zbiornik z wodą , którą się podgrzewało i rurkami płynęła do kranu. W jednym z domków przy fabryce była pralnia, suszarnia, gdzie nosiło się pranie. Również i mamusia tam nosiła pranie państwa Kottasów. (Foto: 29)(Foto: 30)(Foto: 31).

            Był taki czas, że w ich domu byłam sama. Jego chyba gdzieś wezwali, a ona była gdzieś w sanatorium, a ja sama. Wtedy przychodzili do mnie partyzanci i słuchali „Radia Londyn”. Pamiętam jak się zaczynało: - „Bum, bum, bum- tu mówi Londyn…” Ale radio trzeba było przestawić na inne fale. Po wysłuchaniu audycji poszli, Ale nie przestawili na niemiecka stację, której oni słuchali. Gdy przyjechał, to zauważył zmianę, ale wytłumaczyłam, że ścierałam kurze i widocznie przestawiłam. Nie wiem, czy uwierzył. 

Koło Kwaśniowa była granica w czasie wojny i moje ciotki szły w tamtą stronę przez Papiernie. Na oknie u Kottasów leżały pomidory i dojrzewały. Ja zaczęłam do nich rzucać tymi pomidorami przez płot, żeby im je dać, ale one nie połapały ich i pomidory się porozbijały o ziemię.  Na ten czas wychodzi znienacka ten mój pan- Józef i to widzi. To były przez niego wyhodowane pomidory, w jego ogródku. Wieczorem wezwał mnie i zapytał-  dlaczego rzucałam tymi pomidorami? Ja na to, że chciałam je dać ciotkom. A on na to: - To trzeba było dać, a nie rzucać. Pomidory się porozbijały i teraz ani ciotki ich nie mają , ani my. Tak mi to wytłumaczył.  On dużo pracował w tym ogródku, zawijał rękawy, kopał grządki, brał kosę, podwijał spodnie i szedł przez Przemszę na łąkę po trawę dla kur, królików czy kóz. Miał też wieprzka w swoim chlewiku. Był gospodarzem jak się patrzy. Nie miał swojego pola, ale wszedł w kontakt z Antonim Woźniczką. Oni mieli pole w kierunku Jaroszowca, pod lasem. Od nich mieli ziemniaki na zimę i inne produkty, których sam nie uprawiał na swej małej przydomowej działce. Kiedyś poszłam do piwnicy i zajadałam marchew, a on to zobaczył i nakrzyczał na mnie mówiąc: - co ty tu jesz, co nie ma chleba w domu, przecież nie zamykamy kuchni przed tobą. Aż mi się wstyd zrobiło. Nieraz, może na próbę, zostawili to tu gdzieś 5 marek, to tam dwie marki i tak sobie leżały, chyba, by mnie sprawdzić, czy wezmę. Ale skoro ich nie wzięłam raz, czy drugi, to później już mieli do mnie pełne zaufanie i cały dom zostawiali po moją opieką.

W niedzielę miałam wolne, to jak szłam do domu to zawsze zrobiła mi jakiś „pakiecik”- paczkę by coś zabrać do domu. Wracałam w niedzielę wieczorem, albo w poniedziałek wczas rano. Przed kasynem była altana, gdzie nieraz grała orkiestra,  tańczono i Niemcy się spotykali. (Foto: 32)

            On nie chodził do kościoła, ale ona chodziła do Jaroszowca do kościoła, gdzieś przez las, jakąś znaną sobie ścieżką,  bo tam w Jaroszowcu odprawiały się msze w Sanatorium. Chodziłam z nią wiele razy na te msze. Jak sobie szyła sukienkę, to i mnie uszyła. Jak sobie szyła płaszcz- to i mnie uszyła. Nie czułam się u nich jak służąca, lecz jak córka. Lubili mnie, dbali o mnie. Sami nie mieli dzieci, to może dlatego swe uczucia przelali na mnie. Byli dla mnie bardzo dobrzy.

            Gdy nadchodził front w 1945 roku to się spakowali i wyjechali, ale wcześniej tak mnie on uściskał, wycałował na pożegnanie i powiedział-  że widzimy się po raz ostatni. I tak się stało. Pisali do mnie. Pierwszy list- właściwie to była pocztówka z  życzeniami.  Dostałam ją we wrześniu 1945 roku. Pamiętam, bo byłam wtedy na polu i kopaliśmy ziemniaki, a tu idzie listonosz. Zaadresowany na Majcherkiewicz. Od tej pory pisaliśmy do siebie jeszcze przez 4 lata. Lecz korespondencja się urwała, a te dwa ostatnie listy- z 17 kwietnia i 28 listopada 1949 roku, trzymam do dziś. Przy dacie widnieje na nich miejscowość- Holzheim. Dziś nieraz biorę i czytam te listy, choć z trudem, bo słabo widzę, ale ze łzą w oku przypominam sobie tamte dziecięce lata, choć była to wojna, to dla mnie były to lata, gdzie miałam bardzo dużo szczęścia, gdyż uniknęłam wywózki na roboty, oraz znalazłam swoją pierwszą pracę, będąc na służbie u państwa Kottas na Papierni.

            Po wyzwoleniu w styczniu 1945 roku wróciłam do domu na stałe. W tym też roku wzięłam ślub z Aleksandrem na święta Bożego Narodzenia. Ślubu udzielił nam nasz proboszcz Stefan Misterek. Miałam wtedy 19 lat.

(Foto: 33)(Foto: 34)(Foto: 35)

W willi przy fabryce, w czasie wojny mieszkał dyrektor Hnilitchka- czeski Niemiec.  U Hnilitchki służyła Wiera Kostrubiec- moja rówieśniczka. Też tam znalazła pracę i uniknęła wywózki do Niemiec. Byłam tam u niej nie raz. Przecież to było przez płot. Dawniej był tam piękny ogród kwiatowy jeszcze za dyrektora Płotnikowa. Ogrodnikiem był Burzyński jeszcze przed wojną. Mój dziadek Jan Mitka pracował we dworze u Dietlów, jak wielu z Klucz, Bywając u dziadka poznałam też młodych Dietlów: Andrzej, Ludwik i Borysa.  Moi wujkowie pracowali w przędzalni Dietla w Sosnowcu, a jeden mieszkał w tych jego familokach przy fabryce. Byłam tam u nich przed wojną.   - dodaje pani Władysława.

                                                                                                          J.Dz.