• Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF
6 lutego 2018

Wspomnienia Franciszka- syna szafarza.

Po zakończeniu wojny działalność charytatywna Kościoła ogromnie wzrosła. Biskupi w skierowanym do diecezjan orędziu na Tydzień Miłosierdzia w 1945 roku apelowali: …dziś potrzeb w naszej diecezji, miastach i spalonych wsiach jest wiele, przeto i ofiary powinny być obfitsze niż kiedykolwiek…                                                                                                              „Z dużą pomocą pospieszyli  tu obywatele Stanów Zjednoczonych, episkopat amerykański, wierni i polonia amerykańska. Dzięki ich pomocy „Caritas” Kościoła w Polsce łatwiej mógł zaradzić powojennej biedzie Polaków. Niestety dary, które zaczęły napływać do Polski w 80 % były przywłaszczane przez komunistów. Tylko 20 % pozwolono wtedy przekazywać „Caritasowi”, by w styczniu 1950 roku władze komunistyczne  posunęła się do całkowitego zawłaszczenia tej kościelnej instytucji dobroczynnej.” (Jerzy Robert Nowak- Walka z Kościołem wczoraj i dziś.)                                                                             UNRRA- (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, z ang. Administracja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy), bo tak potocznie wtedy tę pomoc nazywano, transportami trafiała do Olkusza i tu była rozdzielana na poszczególne gminy.                                                                                                                    „Miałem wtedy 15 lat, gdy mój wujek jeździł do Olkusza po towar furmanką. Zaraz po wojnie przychodziły paczki z ameryki tzw. UNRRA. Były w nich różności, słodycze, konserwy, żywność, ubrania. Paczki te przychodziły do „powiatu”, a „powiat” rozdzielał nimi na poszczególne wsie do sklepów. W Kluczach był  duży magazyn, gdzie kierownik magazynu prowadził dokumentację, a ja ten towar wydawałem na poszczególne sklepy w gminie - jeszcze wtedy Bolesław, a wujek Kulawik te  dary rozwoził po wsiach, podobnie jak inne towary. We wsiach było przeważnie po jednym sklepie. Gminne Spółdzielnie na nowych- komunistycznych zasadach dopiero się organizowały. Tak było i w Kluczach w 1945 roku.  Na szefa GS- u powołano  pana Curyło, który prowadził przed wojną sklep na ulicy Bolesławskiej. Pracowałem wtedy w magazynie. Kierownikiem magazynu był pan Marczewski, a jego żona księgową. GS mieścił się w budynku- willi Wery i Borysa Dietlów. Biura były od strony głównego wejścia. Rzeźnia była z tyłu, później rzeźnię zlikwidowano i przeniesiono do budynku dworskiego, gdzie wcześniej trzymano konie. Mieszkałem właśnie w tym budynku razem z rodzeństwem i rodzicami. Wejście mieliśmy od lewej strony, a na górze było siano. Tu gdzie jest sklep meblowy  były krowy. Na środku placu było zrobione gnojowisko. Tu gdzie jest obecnie restauracja były komórki, gdzie hodowano króliki, kury. W tym też miejscu po wojnie zrobiono bardzo dużą „lodówkę” jeśli tak to można nazwać, a raczej chłodnię. W skarpie wykopano i wymurowano piwnicę. Zimą wycinano kostki lodu jak pustaki i ją obkładano, izolowano trocinami i przysypywano. Całe lato było tam chłodno. Za pawilonem handlowym (dziś Biedronka) kiedyś była „świniarnia”. Na górze w stodołach po prawej stronie był spichlerz na zboże, a z lewej stodoła.   Foto: 66,  67,  68, 

Ojciec mój był szafarzem (nadzorcą) we dworze Dietlów. Miałem 5 lat jak ojciec zabierał mnie na Zojdę, gdzie były łąki i wielka stodoła na siano. Wtedy nie było tu stawów. Stawy były po drugiej stronie drogi do Ogrodzieńca, od fabryki aż po drogę do Chechła. Ja się tu na tych łąkach i stawach wychowałem.  Mnie się tu podobało, więc gdy przeszedłem na emeryturę odkupiłem kilka działek od ludzi, którzy łąki te otrzymali w wyniku reformy rolnej od urzędu po wojnie i założyłem własne stawy rybne, gdzie dziś siedzimy. Kopałem i równałem przez wiele lat.  Dziś wygląda to ładnie. Mam karpie, karasie, płotki, okonie, tołpygę, węgorza, suma. Byłoby tu łatwiej coś zrobić, ale w czasach, gdy rozbudowywano fabrykę postanowiono zrobić jeziorko wypoczynkowe. Typowe kąpielisko dla klasy robotniczej. Wtedy postawiono tamy, wybudowano wały i groble i utworzyło się jeziorko. Tyle, że nie wzięto pod uwagę tego, że nurt rzeki się spowolni, a rzeka naniosła piasku i się spłyciła. Nikt rzeki nie oczyszczał i nie dbał o nią. Dlatego w 1996 roku po silnych opadach woda się nie pomieściła w korycie rzeki i wylała, no bo gdzie miała się podziać. Pamiętam jak przed wojną Przemsza miała 12 metrów szerokości, a od Golczowic do Klucz było 1,5 metra spadu. Był bardzo silny nurt. Żadnej zimy nie zdarzyło się by w Przemszy woda zmarzła i nigdy nie wylała. Jak zrobiono most na Przemszy w 1956 roku pod mostem było 3 metry do lustra wody, głęboka była na metr. Kajakami płynęło się do Sosnowca, a można było i dalej. Pstrągów było tyle, że wchodząc do rzeki w krótkim czasie można było nałowić wiadro. Przez tyle lat Przemsza się spłyciła no i jak tu w takiej rzece mają się mieć ryby. - wspominał Pan Franciszek Kulawik w listopadzie 2009 roku, gdy go odwiedziłem na jego stawach na Papierni, kiedyś dietlowych łąkach zwanych Zojda., dziś to teren „Dworku nad rozlewiskiem” i pobliskie stawy wędkarskie- po prawej stronie drogi do Zawiercia.    Foto: 69,  70,  71.

 

                                                                                                                                 J.Dz.